![]() |
pieniądze leżą na ulicydosłownie. np ta stówka na kinowej dziś wieczorem. pięknie. zawsze więcej do przepuszczenia. za 2 tyg jadę do dębek. ot tak. by zobaczyć w tym roku chociaż raz polskie morze. dłuższa dygresja. w piątek byłem na pierwszych (tzn dla mnie pierwszych, dla reszty kujonków trzecich) zajęciach z kultury języka. i poza tym, że uczyłem się o odmianie nazwisk zagranicznych (nie wiedziałem, że tyle można mówić o nazwiskach... i jakie to jest śmieszne) i musiałem sobie przypomnieć przypadki i pytania im odpowiadające, bo tak at hoc znałem tylko "wołacz - o", to zajęcia prowadziła Karolina "Kocie" Muzal inspe za 10 lat. Podobieństwo fizyczne, które przynajmniej mnie, przez pryzmat czasu, wydawało się gigantyczne, to nawet jakby była zakuta od stóp do głów w Allah couture to bym ją poznał po zachowaniu, mowie, zarówno ciała jak i tej słyszalnej = gębowej. Ta pewność siebie, to takie spojrzenie na nas mówiące "ja mam już magistra, barachło", ta noga na nogę zarzucona jak u takiego true wampa biurowego... damn. i ciągle coś sprawdzała w słowniku. powiedziała, że mieszkanka Polesia, to Poleszuczka, że mówi się "w Starej Miłośnie" tak jak "w Jabłonnie" a nie "w Jabłonnej", i że nie ma dużych liter, są tylko wielkie. o dekabrystów nie pytałem. nie na "pierwszych" zajęciach. tak więc wracając do tematu dębek, to jedziemy w osiem osób, 2 pary aka ja i kasza oraz pat i pataszon, oraz szalik i cztery dziewuszki, a we środę ma dojechać piąta. czy ktoś na miejscu szalika by nie pojechał? jak odsłoni trochę łysinę, pokaże lico muśnięte bałkańskim promykiem i zada szyku swym, albo mym, aparatem foto, to wiecie... on jest taki co to sobie nomen omen nie da "w kaszę dmuchać". (;*** - a masz!). będzie miło. postanowione. na koniec scenka rodzajowa z autobusu linii 182. przystanek rozbrat. kierunek wschodnia strona miasta. tuż przy kierowcy siedział sobie bej. bej o twarzy zniszczonego życiem, przestraszonego naukowca i zapachu klasycznego beja. i tak sobie siedział i patrzał przez okno. ale to nie koniec, dopiero się rozkręcał. gdzieś na wysokości rapperswilskiej (dygresja - mój braciak był na wycieczce objazdowej i był w rapperswil. mówił, że bez rewelacji.) zaczął wstawać, lecz nim nastąpił pełny wyprost do pozycji homo sapiens sapiens, to jego spodnie zdążyły znaleźć się na wysokości kolan. niewzruszony tym, że cały, dość licznie wypełniony autobus widzi jego niepierwszej świeżości niebieskie slipy, złapał je tylko tak, by nie spadły niżej. wyszedł na przystanek, stanął sobie w wiacie - spodnie cały czas "na skejta" - zaczął się powoli ubierać. nie było by w tym nic dziwnego, gdyby na siedzisku w w/w wiacie nie siedziały dwie zakonnice. jedna nie dała rady i wstała pod pretekstem "kiedy na świętą maryjkę przyjedzie ten przeklęty autobus", a druga odwróciła gwałtownie głowę w przeciwną stronę, widocznie gdzieś w oddali dostrzegając autobus, na który tak się spieszyła pierwsza siostra. jakby to szalik powiedział: "to był TEN moment". ps. nie wiem co to za akcja, ale jak piszę notkę i zrobię byka, to mi się podkreśla na czerwono sposobem wordowym, lecz z tym ulepszeniem, że jak napiszę początek zdania z małej litery, to mi oszczędza. mistrzowo, bo jak widzicie, ja nie lubię WIELKICH liter. dzięki Ci panie za mozillę! mufasa 2007-04-15 01:08:57 skomentuj (8) |